Uwielbiam ludzi, którzy - wiedząc, że ktoś przechodzi trudne chwile - ślą radosne wiadomości w rodzaju: 'Jak ci się udał weekend? Bo my właśnie jesteśmy w [tu dowolny kurort] i jest cudownie'.
Powinno się cieszyć szczęściem bliskich, ale jednak chciałoby się odpisać 'a ja właśnie jestem w czarnej dupie'.
Jeśli o dupie mowa - brałam prysznic przed chwilą, mignęła mi w lustrze moja golizna, a w głowie mignęła mi próżna, ale bardzo wzmacniająca myśl, że kurcze, fajne mam ciało. Bardzo fajne.
Nowy adres już jest i właśnie się urządza. Jestem lekko oszołomiona liczbą gadżetów w innych serwisach. Za wątpliwej jakości sławą płynącą z lądowania na głównej stronie Onetu też tęsknić raczej nie będę.
Zatem, panie i panowie, do przeczytania w nowym miejscu. Jak wspominałam, dam się znaleźć. Mail po prawej stronie pozostaje aktualny. A jeśli mi się nie spodoba, to może wrócę - zawsze lubiłam się rozmyślać. Na razie jednak przerywam nadawanie pod tym szyldem.
Dziękuję.
Update Kochani, biuletyn poszedł, do kogo mógł. Dostałam jednak parę zwrotek, więc jeśli ktoś nie dostał, to gorąco proszę o kontakt.
Gdy byłam nastolatką, miałam przez jakiś czas nawracające sny. Delikatnie mówiąc, nieprzyjemne.
Znowu mam. Teraz co prawda motywy są różne, ale wrażenia nieciekawe i budzę się ze wściekle bijącym sercem.
Śniło mi się dziś, że mnie i jakichś innych ludzi - niektórych znałam, inni byli tylko podobni do jakichś moich prawdziwych znajomych - wzięto do niewoli. Coś jak "Szklana pułapka", tylko w miejscu, którego nie znałam. Udało nam się przedostać do jakiegoś ciasnego pokoiku i zamknąć w nim na klucz. Bardzo chciałam zadzwonić na policję - miałam przy sobie telefon - ale nie wiedziałam, gdzie jestem, więc nie mogłam podać adresu (czemu człowiek, grając w koszmarze sennym, zawsze zachowuje się jak dupa wołowa? przecież telefon działa jak nadajnik, a poza tym ładnych parę razy skutecznie zamówiłam taryfę, nie będąc zbytnio zorientowana w przestrzeni). Ludzie, z którymi tam siedziałam, powiedzieli, żebym nie dzwoniła, bo nas złoczyńcy usłyszą. Widziałam, że okno jest uchylone i chciałam wysmyknąć się przez nie, ale znowu - od mojego towarzystwa usłyszałam, żebyśmy lepiej nie uciekali. Każdy mój pomysł uratowania się z tej okropnej sytuacji był torpedowany. A po chwili przez to okno zauważyłam ludzi z karabinami idących w naszą stronę, jak pluton egzekucyjny, zdrętwiałam z przerażenia - i obudziłam się.
Kiedy udało mi się na nowo zasnąć, przyśniło mi się coś niby lżejszego. Niby. Umówiłam się na randkę z gaduły kolegą z pracy (scena ta, nawiasem mówiąc, ma dużo wspólnego z prawdą, ale szczegóły pozwolę sobie pominąć, bo nie bez przyczyny pominęłam je wtedy, kiedy ta 'prawda' się działa). Bardzo sprawnie to poszło - wysłałam mu maila i już. Przyszedł i dzwonił domofonem, a ja nie chciałam wpuścić go do domu, bo miałam bałagan, którego nie byłam w stanie posprzątać. Im bardziej upychałam to wszystko po kątach, tym więcej tego było. W kuchni coś mi się wylewało...
Wybiegłam, żeby powiedzieć mojej randce, że nie może wejść - i obudziłam się znowu potwornie zmęczona.
Freudyści mieliby używanie.
Nie zamierzam tego dłużej znosić. Do listy zadań na ten tydzień (bank, brwi, masaż, fryzjer - obcinamy sierść na krótko) dopisałam zatem jeszcze jedno. Mam nadzieję, że to słuszna decyzja.
A poza tym, wiecie, chyba się przeniosę stąd. Na pewno nie jutro, ale na pewno po cichu, bowiem niestety nie chciałabym, żeby wszyscy dotychczasowi czytelnicy za mną poszli. Pozostałym z radością dam się znaleźć.
Jak już się przeprowadzać, to na całego.
Jeszcze wam coś puszczę. Mnie to powaliło. Na filmie słychać gorzej niż na płycie, niech państwo zatem mi uwierzą, że ten chłopak ma fenomenalny, piękny głos. Numer też jest bardzo stylowy. Szkoda tylko, że takie rzeczy znane są maniakom gatunku lub tym, którzy usłyszeli przypadkiem (jak ja).
- Może chciałabyś pojechać dzisiaj na wycieczkę do Piekar Śląskich? - pyta ojciec przy śniadaniu.
- A dlaczegóż miałabym chcieć tam jechać?
- Jest pielgrzymka mężczyzn. Kawalerów dużo będzie.
Kurtyna.
Trochę mnie zmęczyła ta wczorajsza telenowela z zakochaną wielbicielką. Przerosła mnie. Sądziłam, że takie nawiedzone pannice pojawiają się tylko w kiepskich scenariuszach. Próbuję się skupić na pisaniu, bo muszę wysłać więcej artykułów i zdjęć. Cholernie się boję, że tę szansę dano mi na wyrost, że odpiszą 'wie pani co, jednak tego nie weźmiemy', chociaż - bardzo szczerze mówiąc - wiem, że jestem w tym dobra. A jeśli człowiek jest w czymś dobry, powinien to robić, oczywiste. Jeśli mu odmówią - powinien wrócić oknem.
Pewnie nie wysłałabym tych tekstów donikąd i nie przekonałabym się do takiego śmiałego podejścia, gdyby nie to, co się wydarzyło dokładnie dwa lata temu. Nie chciałam wtedy wychodzić z domu. Wiał straszny wiatr, w pewnej chwili otworzył mi drzwi balkonowe na oścież.
No i przywiał mi to i owo.
Czasem się zastanawiam, co by było, gdybym jednak wtedy w domu została, nie wsiadła na tę karuzelę.
No cóż. Na pewno nie zapisałabym się do grupy dyskusyjnej dla miłośników sportów zimowych i nie myślałabym o spróbowaniu skijoringu przyszłej zimy - to tak bardzo między innymi...
A dziś, dla odmiany, szaleje mi nad głową burza. Rankiem było piękne słońce, z którego skwapliwie korzystałam. W międzynarodowy dzień bez stanika się nie bawiłam, bo sąsiad za płotem jest z gatunku zbyt łatwo zaprzyjaźniających się.
Mimo wszystko powrót do Krakowa odłożyłam o jeden dzień - trzeci raz. Chce mi się, z przeproszeniem, rzygać na samą myśl; tak mam tego miasta dość.
Ktoś zadzwonił do radia, którego tu lubię słuchać, i zamówił Milesa Davisa. Puścili. Siedzę zatem i się rozkoszuję. Chwilę temu dostałam maila z redakcji dużego podróżniczego pisma, że bardzo podoba im się, jak piszę, i że proszą o zdjęcia.
Byłam pewna, że już mnie olali. Boję się cieszyć, że zła karta się odwraca.
O żesz kurwa, czy ja w ogóle mam jakieś wystarczające dobre zdjęcia, ja przecież jestem zwykłym wagabundą, który lubi opisywać to, co mu się zdarza, i czasem przypadkiem swoim zwykłym aparacikiem to fotografuje...
Ostatni dzień urlopu miałam spędzić pracowicie - czyszcząc konto w ramach przygotowań do remontu. Nienawidzę, ale już bardzo być musi, zwłaszcza w sypialni. Sypialnia do tej pory urządzona była w stylu orientalnym, z intensywnie paprykową ścianą za wezgłowiem łóżka. Ściana od pewnego czasu prosiła się o odmalowanie, bo między innymi w miejscu, w którym stykało się z nią wezgłowie, odpadło z niej nieco tynku. Uprzedzając domysły - tak, tam akurat odpadło z tej właśnie przyczyny.
Podobał mi się ten styl i chciałam taki zostawić, ale z pierwszego przedremontowego rajdu przywlokłam szafirową tapetę w nieco psychodeliczne wzory - bo tak jakoś mi wpadła do koszyka - więc niewątpliwie trochę się pozmienia.
(Ostatnio czytałam trochę o hipisach, może to dlatego).
No i dziś właśnie - skoro i tak prało żabami przez ostatni tydzień - zamierzałam dokupić farby, wałki, płyty gipsowe, inne takie zabawki. Obudziło mnie jednak słońce. A jeśli świeci słońce, to ja nie zamierzam go marnować na włóczenie się po mieście, ze szczególnym uwzględnieniem marketów budowlanych. Zwłaszcza, że nie widziałam błękitnego nieba od tygodnia. Uznałam, że remonty to niech sobie inni dziś robią i co koń wyskoczy ruszyłam na działkę. Wytaszczyłam z piwnicy leżak, tranzystorek, upewniłam się, że w lodówce jest zimne piwo i lemoniada do rozcieńczania owego, przytargałam stos książek podróżniczych, nasadziłam kapelutek i zabrałam się za plażowanie.
Uwielbiam. Mogę leżeć cały dzień, mieć tylko w zasięgu coś do czytania i coś zimnego do picia, no i słuchawki. Rozgrzaną skórę. Trawę, rankiem jeszcze trochę mokrą, po której można szurać stopą. I jestem szczęśliwa. Po prostu. Że pojadę banałem - człowiek uczy się doceniać takie chwile.
Czasem zdrowo wyłączyć w sobie skłonność do przyglądania się światu bardzo krytycznym okiem, chodzenia na wojny, obtaczania każdego zdania w gryząco cynicznym sosie, zanim się je wypowie. Zluzować. Nacieszyć się tym, że jest spokojny, słoneczny dzień i że nic dziś nie muszę.
Grzało solidnie - to w ogóle jest wzgórze, z historią sięgającą zresztą czasów pogańskich, mocno nasłonecznione południowe zbocze, przy słabszym wietrze niebo całe kolorowe od okolicznych paralotniarzy. Pies na popołudniowym spacerze odmówił wymarszu na łąki i przegnał mnie przez leśne błota. Przynajmniej jednemu z nas się podobało. Mam nadzieję, że przynajmniej jedno z nas wróciło bez kleszczy.
Wiadomo, że światło na stworzenia Boże dobrze działa (wyjąwszy te jaskiniowe glizdy, które kiedyś oglądałam w Postojnej). Moje strachy po tej prostej terapii wyraźnie się skurczyły. Poczułam się znacznie lepiej. Odetchnęłam, chociaż domyślam się, że to relaks na chwilę. Wiem, że przede mną przynajmniej jedna długa i trudna rozmowa, przynajmniej duża i konieczna zmiana; konieczna, bo odkąd zyskałam trochę pewności siebie i stanęłam mocniej na moich chudych nóżkach, nie chcę dłużej zadowalać się byle czym dla świętego spokoju.
Bardzo, bardzo niewiele trzeba do szczęścia. Gdyby tylko umiało się zapamiętać to na dłużej...
Mam wrażenie, że ktoś bardzo źle mi życzy, bo nie umiem już inaczej sobie wyjaśnić serii nieszczęść i niewypałów, która mi się przytrafia od pewnego czasu. Nigdy - do tej pory - nie było aż tak, żeby waliło się wszystko. Czytałam swego czasu wywiad z psychologiem, w którym mądrze powiedział, że ludzie bardzo nie chcą wierzyć w zwykły przypadek. Szukają przyczyn, obwiniają siebie i wszystkich dookoła, tłumaczą sobie, że gdyby wyszli z domu prawą nogą i nie przeszli pod drabiną, to by ich samochód nie potrącił. A zwykle to, co się dzieje, to nieszczęsny przypadek. Czasem seria niezwiązanych ze sobą przypadków. Jesteśmy stworzeniami, które potrzebują sensu i jakiejś tam więzi przyczynowo-skutkowej. Świadomość, że często nie ma w życiu ani jednego, ani drugiego, jest dość przerażająca, prawda?
Czuję się trochę tak, jakby coś trzymało mnie za nogi i nie pozwalało ruszyć się w żadną stronę. Pierwszy raz w karierze nie jestem szczególnie zachwycona moim życiem, właśnie dlatego, że pokazuje mi figę - a ja jemu pokazać nie mogę.
Pociesza jedynie znajomy wokal w słuchawkach, perwersyjnie erotyczne sny z moim ulubionym polskim aktorem (którego niestety ostatnio głównie w reklamach widuję) i to, że momentami jednak przebłyskuje słońce.
Gatunek ludzki niezmiennie mnie zaskakuje. Wyobrażacie sobie, że prosicie szefa o pomoc w napisaniu wypowiedzenia?
Indolencja to mało powiedziane. Tak to jest, gdy czytuje się w najlepszym wypadku fora internetowe i Pudelki.
W dzisiejszych czasach chyba przesadą jest oczekiwanie od ludzi samodzielnego myślenia. Poznałam takich, co myślą, że Dubaj to miasto w Indiach, ale to zwykła, nieszkodliwa głupota. Nieumiejętność sklecenia prostego pisemka w języku ojczystym jest znacznie gorsza. W tę stronę idziemy, szanowni państwo. Źle się dzieje.
Napisałam w związku z tym nowy list motywacyjny. Sama.
Idę się przejść. Potrzebuję jakichś trzydziestu kilometrów spaceru. Też sama.
Dopisane dwie godziny później
Cholera jasna. Trzeba być mną, żeby podczas zapamiętałego marszu przez błotniste odludzie spotkać grupkę promieniejących świadków Jehowy, którzy natychmiast do mnie uderzyli.